W czasie morskiej katastrofy w 1957 roku, wskutek potężnego huraganu, zatonął na Atlantyku niemiecki żaglowiec „Pamir”. Pozostali przy życiu marynarze z trudem utrzymywali się na powierzchni oceanu. Dwie łodzie ratunkowe zostały uszkodzone, a ci, którzy próbowali się na nich schronić, utonęli. Tylko jedna łódź nadawała się do użytku. Znalazło w niej miejsce dwudziestu pięciu marynarzy.
Przez dwa dni, bez jedzenia i wody, walczyli z falami o życie. Ostatecznie uratowało się tylko pięciu najwytrwalszych. Zapytani później, w jaki sposób udało im się przetrwać, opowiedzieli o mijających ich statkach. Widzieli ich światła, krzyczeli z całych sił, lecz wiatr zagłuszał wołanie. Statki przepływały niedaleko, ale nie dostrzegały rozbitków.
Za każdym razem część marynarzy, ogarnięta rozpaczą, wyskakiwała z łodzi i próbowała wpław dotrzeć do widocznego okrętu. Pozostali usiłowali ich powstrzymać, ale daremnie. Tamci byli przekonani, że szybciej się ocalą, jeśli opuszczą łódź i sami popłyną ku światłom. Wszyscy zginęli. Uratowali się tylko ci, którzy pozostali w łodzi ratunkowej do końca.
Łodzią Chrystusa jest Kościół. Nie zawsze łatwo w niej wytrwać. Czasami warunki są dalekie od wygodnych. Fale wdzierają się do środka, wiatr odbiera nadzieję, a Jezus zdaje się spać. Wołamy wtedy jak apostołowie: „Panie, ratuj, giniemy!”. Bywa, że zaczynamy się zastanawiać, czy nie byłoby bezpieczniej wyskoczyć za burtę i samemu popłynąć w stronę jakiegoś światła.
Jedno jednak nie zmienia się od wieków: w tej łodzi jest Jezus. Jego obecność trwa w Kościele niezależnie od słabości ludzi, grzechów duchownych, błędów podejmowanych decyzji i wszystkich burz, które przechodzą przez historię. Kościół nie jest święty dlatego, że wszyscy jego członkowie są bezgrzeszni. Jest święty dlatego, że należy do Chrystusa, żyje Jego słowem i otrzymał Jego sakramenty.
Również dzisiaj przeżywamy czas podziałów, schizm i herezji. Jedni, w imię obrony Tradycji, dochodzą do przekonania, że Kościół właściwie przestał istnieć albo że nie można już ufać jego prawowitym pasterzom. Inni, powołując się na postęp i konieczność dostosowania się do nowych czasów, chcieliby odrzucić wszystko, co trudne, niewygodne i niezgodne z duchem epoki. Jedni próbują ratować Kościół przed Kościołem, drudzy przed Ewangelią.
W tej sytuacji rodzi się pytanie: jak wytrwać w łodzi do końca, skoro chwilami wydaje się, że za moment pochłonie ją morze?
Dietrich Bonhoeffer przestrzegał przed tworzeniem w wyobraźni idealnej wersji Kosćioła: „Kto kocha bardziej swoje marzenie o Kościele niż sam Kościół, ten stanie się niszczycielem każdej chrześcijańskiej wspólnoty, choćby osobiście sądził, iż działa nie wiadomo jak szczerze, poważnie i pełen poświęcenia”.
Bonhoeffer nazywał takie marzenie „obrazem życzeniowym”. Problem polega na tym, że żaden realnie istniejący Kościół nie jest w stanie sprostać naszym wyobrażeniom o Kościele idealnym. W wymarzonym Kościele biskupi zawsze podejmują trafne decyzje, księża nigdy nie popełniają błędów, wierni są pobożni, liturgia piękna, kazania mądre, a finanse przejrzyste. Nikt nikogo nie rani, wszyscy się rozumieją, a każda trudność zostaje rozwiązana po krótkiej rozmowie.
Taki Kościół nie istnieje. Nie istniał nawet w czasach apostolskich. Wśród Dwunastu znalazł się zdrajca, Piotr zaparł się Jezusa, Tomasz nie chciał uwierzyć, a pozostali uczniowie spierali się o to, kto z nich jest największy. Pierwsze wspólnoty chrześcijańskie zmagały się z podziałami, nadużyciami, zgorszeniami oraz błędami doktrynalnymi. Święty Paweł nie pisał listów do wspólnot idealnych. Pisał do Kościołów, w których naprawdę wrzało.
Kto zakochał się we własnym wyobrażeniu Kościoła, ten wcześniej czy później przeżyje rozczarowanie. Może wtedy odejść, popaść w cynizm albo rozpocząć budowanie własnej, rzekomo nieskażonej wspólnoty. Zazwyczaj jednak także ona bardzo szybko zaczyna przejawiać wszystkie cechy Kościoła złożonego z ludzi. Pojawiają się spory, ambicje, wzajemne pretensje i walka o władzę. Człowiek wyskakuje z jednej łodzi, ponieważ przeszkadzały mu przecieki, po czym odkrywa, że sam nie potrafi chodzić po wodzie.
Istnieje dosadne, przypisywane świętemu Augustynowi powiedzenie: „Kościół jest nierządnicą, ale jest moją matką”. Nawet jeśli jego autorstwo i forma bywają dyskutowane, zawiera ono ważną intuicję. Grzech ludzi Kościoła nie przekreśla macierzyństwa Kościoła. To w nim zostaliśmy ochrzczeni, usłyszeliśmy Ewangelię, otrzymaliśmy Eucharystię i przebaczenie grzechów. Można cierpieć z powodu własnej matki, można widzieć jej słabości, można nawet głośno nazywać krzywdę, ale nie da się zaprzeczyć temu, że pozostaje matką.
Szczególnie ostrożnie należy traktować tych, którzy mają proste rozwiązania wszystkich problemów Kościoła. Według jednych wystarczy powrócić do określonej formy liturgii i wszystko zostanie uzdrowione. Według innych wystarczy zmienić nauczanie moralne, znieść wymagania i dostosować się do oczekiwań społeczeństwa. Jeszcze inni są przekonani, że należy wymienić wszystkich biskupów, zreformować każdą instytucję albo znaleźć jednego silnego przywódcę.
Trudnych problemów nie rozwiązuje się jednym hasłem. Człowiek, który twierdzi, że zna odpowiedź na każde pytanie, zazwyczaj nie rozumie pytań. Taka postawa jest rodzajem banalizmu. Czasami za gorączkowym pragnieniem ratowania Kościoła kryje się próba ratowania samego siebie, własnego poczucia bezpieczeństwa, własnej wizji świata i potrzeby posiadania racji.
Niektórzy mówią, że Kościół znajduje się w kryzysie nieprzerwanie od Wieczernika. Jest w tym sporo prawdy. Raz prześladowali go cesarze, innym razem rozdzierały herezje, wojny religijne, zepsucie duchowieństwa, polityczne uwikłania i skandale. Kościół wielokrotnie wydawał się bliski upadku, a jednak przetrwał. Nie dzięki geniuszowi swoich przywódców, lecz dzięki wierności Chrystusa.
Może więc nie każdy problem trzeba natychmiast rozwiązywać. Nie oznacza to obojętności, zamiatania zła pod dywan ani rezygnacji z koniecznych reform. Trzeba jednak nauczyć się także słuchać, rozeznawać i cierpliwie znosić napięcie. Dobrze pokazuje to historia pewnego małżeństwa, w którym żona regularnie przynosiła do domu problemy z pracy.
Opowiadam ją szczególnie panom, którzy kochają swoje żony. Kiedy kobieta zaczyna mówić o jakimś problemie, mężczyzna często sądzi, że właśnie otrzymał zadanie do wykonania. Ona opowiada, a on już buduje plan działania.
Żona przychodzi do domu i mówi:
„Mężu, mam okropną szefową”.
Mąż od razu odpowiada:
„Poczekaj, zaraz ci coś doradzę. Zmień pracę”.
„Ale po co? Praca jest dobra, tylko szefowa jest zła. Ja ci o tym mówię, żebyś wiedział i przejął się moją sytuacją”.
Ojciec Mirosław Maliński z Wrocławia żartował, że słuchając kobiety, czasami wystarczy od czasu do czasu powiedzieć:
„Naprawdę? Niesamowite! Co ty powiesz!”.
Po pewnym czasie żona stwierdzi:
„Mężu, tak jak z tobą, to się z nikim nie rozmawia”.
Może wobec problemów Kościoła również zbyt szybko wcielamy się w rolę męża, który po dwóch zdaniach zna już rozwiązanie. Kościół nie zawsze potrzebuje kolejnych samozwańczych wybawców. Potrzebuje ludzi, którzy będą go kochali, słuchali, modlili się za niego, uczciwie nazywali zło i cierpliwie pracowali nad jego naprawą. Potrzebuje świętych bardziej niż ekspertów od wszystkiego.
Wytrwać w łodzi nie oznacza udawać, że nie ma burzy. Oznacza nie tracić wiary, że łódź należy do Chrystusa. Możemy wypompowywać wodę, naprawiać żagle, ostrzegać przed skałami, a nawet spierać się o właściwy kierunek. Nie wolno nam jednak zapomnieć, kto znajduje się na pokładzie.
Najbardziej kuszące światła nie zawsze prowadzą do ocalenia. Czasami trzeba po prostu nie wyskakiwać z łodzi.