Michalici

Zimowisko 2022

Odwiedź stronę internetową Michalickich Zimowisk. Link po kliknięciu tutaj.

 

Właśnie tak wyglądało Michalickie Zimowisko 2022 oczami jednego z uczestników:

Wspomnienia z Zimowiska - poniedziałek 31.01 

Chyba każdy z nas zna to uczucie, gdy przychodzisz ze swoją walizką na punkt zbiórki i… powoli wszystko się zaczyna. Właśnie takie doświadczenie w poniedziałek, 31 stycznia rano, stało się udziałem ponad sześćdziesięciu młodych ludzi, którzy postanowili wyruszyć na Michalickie Zimowisko 2022.

Po szybkim zapakowaniu bagaży i sprzętu a także sprawdzeniu listy obecności i dopełnieniu wszystkich wstępnych wymogów formalnych jechaliśmy autokarem w kierunku Beskidu Żywieckiego.

Kilka godzin wspólnej jazdy, to doskonała okazja do tego, aby się lepiej poznać. Kilka gier integracyjnych, odrobina modlitwy, dwa lub trzy przystanki po drodze i zaparkowaliśmy na parkingu opodal stoku na Zwardoniu. To właśnie tam mieliśmy zdobywać lub doskonalić nasze umiejętności narciarskie. No właśnie… tylko żeby zacząć, potrzebowaliśmy nart, butów, kasku itd. Konieczny nam sprzęt wypożyczyliśmy i dopasowaliśmy do każdego z uczestników już pierwszego dnia tak, aby jutro maksymalnie wykorzystać czas na stoku.

Gdy już wszystko z naszym narciarskim wyekwipowaniem było gotowe, przejechaliśmy kilkanaście kilometrów do Ośrodka Michael w Rycerce Górnej. Tam otrzymaliśmy swoje pokoje oraz odrobinkę czasu, żeby się w nich rozgościć. Gdy już byliśmy gotowi, na stołówce czekała na nas obiado-kolacja oraz reszta kadry. Następnie omówiliśmy kilka spraw organizacyjnych i po chwili przerwy spotkaliśmy się na Mszy Świętej, której przewodniczył ks. Jarosław Witkowski, organizator. Słowo Boże skierował do nas ks. Emil Kurek a poruszył w nim kilka praktycznych kwestii dotyczących czystego serca i postawy serca gotowego na przyjęcie Bożych darów.

Po pożegnaniu się z telefonami komórkowymi i przygotowaniu do snu z niecierpliwością czekaliśmy co przyniesie nam jutro…

 Wspomnienia z Zimowiska - wtorek 1.02 

To był mój pierwszy wyjazd zimowiskowy z michalitami, wcześniej zdarzyło mi się pojechać na obóz narciarski ale stwierdziłem że chciałbym pojechać z ludźmi, którzy są bliżej Boga.

Pierwszego dnia pobudka w moim przypadku była o 6:00 ponieważ lubię ćwiczyć i zrobiłem poranny trening. Reszta uczestników zimowiska wstała – tak jak było to planowane – o 8:30. Miłośnicy wysypiania się już po pierwszej nocy mieli coś dla siebie. Pierwszym punktem po pobudce była msza Święta. Przewodniczył jej Ks. Emil. W moim odczuciu wszystko było bardzo w punkt i treściwie, więc nawet Ci, którym kiszki grały marsza wcale nie musieli długo czekać na pierwszy posiłek tego dnia.

Po śniadaniu był czas dla siebie i na ogarnięcie pokoi oraz stroju na wyjazd na narty. Ten wspaniały czas wykorzystałem na integrację z ludźmi których poznałem w autokarze. Następnie spotkaliśmy się ponownie w kaplicy, gdzie ks. Paweł Wojakiewicz uczył nas modlitwy medytacyjnej Słowa Bożego – lectio divina. Medytowaliśmy perykopę ewangeliczną z następnego dnia. Jestem przekonany, że dla zdecydowanej większości uczestników zimowiska, był to pierwszy kontakt z taką formą modlitwy.

Po spotkaniu z ks. Pawłem i medytacją miał miejsce wyjazd na stok. Wszystko było fajnie zorganizowane. Mimo drobnych opóźnień i logistycznych trudności wszyscy stanęli na stoku. Niektórzy potrzebowali kursu u instruktorów a pozostali od razu oddali się „białemu szaleństwu”. Pojeździliśmy na nartach około 3h po czym wróciliśmy na obiadokolację. Pojedzeni udaliśmy się do swoich pokoi dla dokonania ostatnich porządków i chwili wytchnienia.

Następnym punktem programu był pogodny wieczorek. Jego głównym punktem były prezentacje grup. Każda z grup miała do zaprezentowania przygotowany przez siebie drobny program artystyczny. Niektóre z nich zrobiły na reszcie uczestników zimowiska spore wrażenie.

Ostatnim punktem dnia było „słówko wieczorne”, czyli króciutka konferencja wygłoszona przez ks. Emila przed pójściem na spoczynek nocny. Bł. ks. Bronisław Markiewicz, założyciel zakonu michalitów miał w zwyczaju kierować takie drobne „słówka” do swoich wychowanków każdego wieczora. Ks. Emil również dokonał autoprezentacji – opowiedział nam kim jest michalita, do czego jest wezwany i według jakich zasad przeżywa swoje powołanie.

Tak minął pierwszy pełny dzień zimowiska, który wielu z nas chciało przedłużyć rozmowami i dzieleniem się swoimi wrażeniami z współtowarzyszami z pokoju.

 Wspomnienia z Zimowiska - środa 2.02 

Następnego poranka obudziłem się bardzo nie wyspany, bo wpadliśmy z kolegą na genialny plan aby nie spać do rana… Ostatecznie spaliśmy tylko dwie godziny, co szybko odbiło się na naszym samopoczuciu w ciągu dnia. Już pobudka o 7 rano była dużym wyzwaniem. Po dostaniu się do kaplicy, zauważyłem, że nie tylko ja, ale i kilku innych uczestników modli się – jak ja to nazywam - „modlitwą śpiących w Duchu Świętym”.

Tego dnia było Święto Ofiarowania Pańskiego. Ks. Emil wygłosił spontaniczne kazanie, które mimo zwięzłej formy dała sporo do myślenia, chwyciło za serce i otworzyło kilka nowych perspektyw.

Po Eucharystii, standardowo, śniadanko które spędziłem jedząc po ciemku, bo niestety ciężkie, klejące się oczy wygrywały z chęcią patrzenia na świat. Potem zapowiedziany na ogłoszeniach kulig, podzielony na dwie grupy: młodszych i starszych. Przez to że wiekiem zbliżony byłem do wieku animatorów niż uczestników, to przypadło mi być w grupie, która jechała na kulig o 11:45. Młodsi wyruszyli już o 9:45. Czekając na naszą kolej zajęliśmy się odśnieżaniem, integracją i… spaniem, jak w moim przypadku. Sam kulig był mega-dobrą atrakcją. Jako fan głupich pomysłów i zabawy pierwsze co, to wskoczyłem na małe sanki. Pierwsze „gleby” były zabawne aż w końcu ogarnęliśmy sposób jak ich unikać. Dla swojego usprawiedliwienia dodam, że na sankach jechałem z koleżanką, która o ich sterowaniu miała tyle samo pojęcia co i ja. Kulig zatrzymał się w miejscu, gdzie zorganizowane było ognisko, mega bitwa na śnieżki, zapasy śnieżne i to tylko część z szaleństw, które tam miały miejsce.

Po około godziny wróciliśmy tą samą drogą do domu, niestety pogoda tego dnia nie dopisała – no, chyba, że ktoś lubi spędzać śnieżycę na saniach - a pod koniec zaczęło jeszcze mocno wiać. Kulig był jednym z pierwszych punktów tego dnia, a ja już czułem się nieźle zmęczony… Chyba Pan Bóg miał rację przeznaczając na sen porę nocy…

Szybko przekalkulowałem to w głowie: jestem mocno niewyspany, zimno na saniach przenikało do szpiku kości (tak, organizatorzy mieli rację, żeby ubrać się naprawdę grubo), pogoda na jazdę na nartach była też bardzo wymagająca… Stwierdziłem, że tego dnia nie wjadę na stok. Z perspektywy czasu uważam, że była to dobra decyzja. Podobnie pomyślało również kilku innych uczestników. Dzięki temu miałem wspaniałych kompanów do kilkugodzinnych rozmów i przesiadywania w karczmie pod stokiem. Poznałem kilka naprawdę barwnych osobowości, które zaskoczyły mnie swoim spojrzeniem na świat. Na początku byłem nieźle rozżalony, że nie mogę zostać w ośrodku w Rycerce, ale koniec końców poczułem wdzięczność Duchowi Świętu że tak to wszystko pokierował.

Po powrocie do domu czekała na nas kolacja. Następnie przeszliśmy do kaplicy, gdzie przekochana Siostra Łucja z zakonu dominikanek powiedziała nam kilka porad jak rozeznawać powołanie. Słyszałem wcześniej już o tych zasadach ale siostra bardzo treściwie i skrótowo zwinęła je w 4 podpunkty. Myślę, że w takim wydaniu, ta nauka mogła poruszyć wiele serc a już na pewno dać do myślenia.

Następnie odbyliśmy krótką naukę wieczornego rachunku sumienia, czyli narzędzia do podejmowania codziennej pracy i refleksji nad sobą. Po tak przeprowadzonym ćwiczeniu duchowym na koniec dnia, razem z moim kolegą z pokoju doszliśmy do wniosku, że tę i pozostałe noce prześpimy jak należy.

Wspomnienia z Zimowiska - czwartek 3.02 

Czwartek zaczął się mniej więcej takim samym scenariuszem, jak dni poprzednie: pobudka o 7 rano i klasycznie już 7:30 Msza Święta. Chwilę później – śniadanko. Niestety tego dnia również nie czułem się najlepiej. Szkoda, bo bardzo czekałem na ten czwartek z powodu szkoły tańca, która tego dnia była w planie. Pomimo kiepskiego samopoczucia zaraz po śniadaniu wsiedliśmy do autokaru i wyruszyliśmy w kierunku Żywca, gdzie już od 10:00 mieliśmy zarezerwowany czas w Szkole Tańca „SWING”.

Pierwszą częścią naszych zajęć była zumba, wspólnie tańczyliśmy do różnych układów zaproponowanych przez instruktorkę. Następnie przyszedł czas na naukę cha-chy oraz walca angielskiego. Mega-fajnie wspominam ten czas. Tym bardziej, że naprawdę udało mi się ogarnąć coś przydatnego, co na pewno wykorzystam już niedługo.

Po skończonych zajęciach wróciliśmy do ośrodka autem wraz z dwoma innymi kolegami i ks. Jarosławem. Klimat panujący w aucie można z powodzeniem nazwać kontynuacją imprezy ze szkoły tańca. Niestety, kiepskie samopoczucie i ból głowy sprawiły, że po dojechaniu do ośrodka obiad musiałem zjeść sam w pokoju. To też był ciekawy moment, gdy doświadczyłem ogromu troski od jednej z animatorek. Naprawdę, to jak kadra opiekowała się każdym jednym uczestnikiem, który tylko potrzebował wsparcia czy towarzyszenia było niezwykłe. Jeszcze raz, bardzo za to dziękuję!

Po obiedzie gdy nadal leżałem w pokoju, skierowałem do Pana Boga kilka myśli a następnie wypiłem herbatę z imbirem, podaną przez animatorkę. Spojrzałem w okno za którym dostrzegłem błękitne niebo i przepiękną pogodę i pomyślałem: „Fajnie by było, mimo wszystko, pojechać na stok…”. Wiedziałem, że prawdopodobnie nie będę wstanie. I wtedy wydarzył się jakiś cud! Spojrzałem na obraz Jezusa, który wisiał w moim pokoju i poprosiłem: „Panie Jezu, jeśli Twoją wolą jest to żebym pojechał na stok i służył tam innym swoją pomocą, to potrzebuję Twojego uzdrowienia". Wtedy też otworzyłem Biblię i natrafiłem na fragment z Ewangelii wg. św. Jana, w którym Pan Jezus uzdrowił syna pewnego dworzanina. Przedziwna rzecz, bo właśnie wtedy i ja poczułem się lepiej. Odniosłem wrażenie, jakby Pan Jezus kierował wprost do mnie słowa, które przed chwilą czytałem w Piśmie Świętym. Od tego czasu zaczęło mi się bardzo poprawiać. Naprawdę! Terapia herbatą z imbirem i szczerą modlitwą do Pana Boga działa! Gdy siły wróciły a ból głowy i „zamuła” odpuściły, niewiele myśląc ubrałem się w narciarskie rzeczy i… pobiegłem do autobusu jadącego na stok.

Tego dnia jeździło się po prostu cudownie! Super to wyszło, że właśnie akurat wtedy był najdłuższy dzień na stoku. Spędziliśmy na nim czas od 16:30 do 21:15! Tym bardziej dziękowałem Panu Bogu za dar zdrowia i możliwość tak długiej jazdy na nartach. W drodze powrotnej ks. Emil podsumował dzień i przeprowadził krótki rachunek sumienia. Właśnie wtedy, szczególnie chciałem podziękować Bogu za niezwykłe wydarzenia i doświadczenia tego dnia.

Po powrocie do ośrodka czekała na nas kolacja i krótka chwila na telefon. Chociaż było już późno, to i tak zdecydowana większość z nas wykorzystała ten wieczór na spotkania, wygłupy, rozmowy i siedzenie u tych wszystkich wspaniałych ludzi, którzy razem z nami uczestniczą w zimowisku. Chyba coraz bardziej rozumiem, co to znaczy, że to Pan Bóg stawia nam na drodze drugiego człowieka…

 Wspomnienia z Zimowiska - piątek 4.02 

Był to ostatni dzień naszych zimowisko-rekolekcji, oczywiście nie licząc dnia wyjazdu, który przypadał jutro.

Najpierw pobudka. I tutaj zaskoczenie: nie bladym świtem ale o 8:30! Bardzo doceniłem taką opcję. Nareszcie się wyspałem a po wstaniu z łóżka czułem się zaskakująco dobrze. Mój roommate nie miał tyle szczęścia – gdy tylko biedaczysko się obudził, nie mógł wypowiedzieć słowa, bo tak mocno bolało go gardło. Wczorajsze zimne powietrze na stoku i brak odpowiedniego stroju chyba zrobiły swoje. Skoczyłem do animatorki-pielęgniarki, która to wczoraj niezawodnie postawiła mnie na nogi i zapytałem o potrzebne medykamenty. Skakania nie było dużo, bo tak fajnie się złożyło, że mieszkaliśmy po sąsiedzku. Pomoc i ulga przyszła błyskawicznie. Tylko chwilę później usłyszeliśmy jakieś dziwne dźwięki… muzyka o tej porze?

To jest to miejsce, aby opowiedzieć o nietypowej pobudce, którą kadra zafundowała nam tego poranka. Oglądanie zbyt wielu pranków w Internecie tak się kończy :- ) Około godziny 8:15 na korytarzach rozległ się niewiarygodnie głośny dźwięk muzyki. Okazało się, że Pan Rafał-wychowawca przechadza się po nich nosząc na ramieniu 60V kolumnę i na cały regulator puszcza utwór: „Ballada o butach”. Pewnie zapytacie, dlaczego właśnie ten? Odpowiedzią były buty wszystkich uczestników zimowiska przemieszane i przywiązane za sznurówki w losowej kolejności do barierki głównego pionu schodów. Ksiądz Emil pytany o całą sytuację skwitował: „Tupanie tych butów przez kilka nocy nie dawało nam zasnąć, więc postanowiliśmy je tej nocy przymocować, żeby było nieco ciszej”. Widok całego zimowiska szukającego swoich butów był bezcenny. Osobiście wybrałem taktykę: poczekaj, aż zostaną tylko Twoje.

Po takim wybudzeniu i porannej toalecie pobiegliśmy do kaplicy na Mszę Świętą. Podczas Eucharystii pożegnaliśmy siostrę Łucję, Dominikankę, którą do wcześniejszego wyjazdu zmusiły pewnie jakieś ważne obowiązki. Następnie śniadanko i lectio divina, czyli kolejna lekcja medytacji Słowa Bożego. Nie wiem jak dla reszty, ale dla mnie było to bardzo mocny czas. Dostałem kilka wyraźnych natchnień pokazujących mi, jak poradzić sobie z tym, co sprawia mi ból, jak to oddać Bogu i nie trzymać tego uparcie dla siebie.

Po wyjściu z kaplicy poszliśmy do swoich pokojów, żeby przygotować się na ostatnie na zimowisku wyjście na stok. Był to też dobry czas, żeby powoli pakować swoją walizkę do wyjazdu, który zbliżał się wielkimi krokami. A na stoku, jak to na stoku – zawsze fajowo. Gdy już wszyscy zjechali ze stoku widząc wjeżdżający ratrak, wpadliśmy z kolegą na kolejny genialny pomysł: Jedziemy na krechę, przecież jest zupełnie pusto! Wiem, że to trochę głupie ale… po tylu dniach bezpiecznej jazdy mieliśmy to pod kontrolą 

Po powrocie – kolacja i kolejne pół godziny na pakowanie. Punktualnie o 19:30 zebraliśmy się w kaplicy na słówko wieczorne i podsumowanie dnia. Ks. Emil wykorzystał fakt, że mieliśmy wtedy przy sobie latarki i opowiedział o świetle i mroku w życiu duchowym oraz o mechanizmach ciemności, którą sprowadza na nas zło i grzech. Bezpośrednio z kaplicy poszliśmy na stołówkę, gdzie animatorzy podzielili nas na grupy i wprowadzili w zabawę „Sześdziesiona” – czyli zimowiskową wersję podchodów przy zgaszonym świetle i latarkach czołowych. Gra polegała na tym że zbierało się kartki i szło się do animatorów aby dostać pytanie albo zadanie. Za poprawne odpowiedzi o rozwiązane zadania zdobywaliśmy punkty. Pierwsze miejsce w tej zabawie zdobyły najmłodsze grupy chłopaków i dziewczyn, którzy od razu, z zapałem wzięli się do roboty. Nie wiem, czy ja już jestem na coś takiego za stary, ale wolałem oddać pole do popisu młodszym. Sam wraz ze starszą ekipą poznaną w ostatnich dniach siedzieliśmy, gadaliśmy, śmialiśmy się przy grze w karty. Słowem – integracja.

Po „Sześdziesionie” gwóźdź programu – potańcówka :- D Wraz z moim najlepszym kumplem byliśmy królami parkietu! Świetnie się nam tańczyło i bawiło. Około 23:00 dostaliśmy komunikat, że czas się rozejść ale naszymi czystymi sercami i pięknymi oczkami udało się ugrać jeszcze pół godziny. Po zakończonej zabawie wszyscy wzięliśmy się do pracy i ogarnęliśmy na błysk cały ośrodek, aby jutro rano nie tracić na to czasu przed wyjazdem.

Nastawianie budzika do snu również wiązało się z szokiem, bo widniała na nim godzina… 5:00!

Był to już ostatni dzień rekolekcji zimowiskowych. Pobudka była bardzo, bardzo wcześnie bo aż o 5:00. Początek dnia był bardzo napięty i to chyba stąd taka barbarzyńska pora. Jak to zazwyczaj bywa na takich wyjazdach, każdy chciał maksymalnie wykorzystać czas ostatniej nocy na integrację, pogaduchy i wygłupy z poznanymi ludźmi.

O 5:30 – niczym w starych klasztorach – zebraliśmy się w kaplicy na Mszę Świętą dziękczynną za czas naszego zimowiska. Podczas ogłoszeń ks. Jarosław i ks. Emil podziękowali wszystkim animatorom i wychowawcom oraz wręczyli im drobne, słodkie upominki. To był ciekawy widok, gdy w tym czasie niewyspanie mieszało się z wdzięcznością na twarzach wszystkich uczestników. Trzeba przyznać, że nasi animatorzy-wychowawcy wykonali kawał dobrej roboty.

To chyba dobre miejsce, żeby wymienić ich z imienia i nazwiska. Za najstarszą grupę chłopaków odpowiedzialny był Pan Rafał Bogacki. Młodszą grupą opiekowała się Marta Dowalla a najmłodszymi Pani Magdalena Chychłowska. Najstarsze dziewczyny pod swoją pieczą miała Oliwia Stańda a młodsze Karolina Kowalska, która z tytułu swojego wykształcenia zajmowała się również pomocą medyczną na naszym zimowisku.

Prosto z kaplicy przeszliśmy na stołówkę, gdzie na stołach czekało na nas ostatnie już śniadanko. Wyjazd z Rycerki planowany był na godzinę 7:00, więc w sporym tempie dopakowaliśmy nasze rzeczy, uporządkowaliśmy pokoju i szybko ustawialiśmy bagaże przy autobusie, gdzie Pan Wiesław pomagał nam to wszystko sprawie upakować.

Już o godzinie 10:00 mieliśmy zarezerwowane wejście na Termy Chochołowskie i to był powód tak rozplanowanego poranka. Trzy godziny dojazdu minęły błyskawicznie bo… większość z nas po prostu spała :- ) Obudziły mnie ogłoszenia przed samym wejściem na termy.  Spędziliśmy tam 3 godziny. Było po prostu bajecznie. Wspólnie grupą robiliśmy falę w specjalnie przygotowanej wnęce, potem kilka zjazdów na mega szybkiej zjeżdżalni, po czym odpoczynek i relaks w jakuzy. Odważni zmierzyli się również ze zjeżdżalnią-zapadnią. Z Chochołowa wyjechaliśmy około 13:30 i ruszylismy w drogę powrotną do Warszawy. Po drodze czekał nas jeszcze przystanek za Krakowem, gdzie – nietypowo – zjedliśmy obiad w autobusie, który dowiózł nam catering Państwa Nawalany.

A podróż? Jak to podróż. Niektórzy spali, inni nadrabiali czas przed telefonem a jeszcze inni cieszyli się towarzystwem poznanych na zimowisku ludzi. W między czasie zostały rozdane nagrody za wczorajsze podchody – „60sionę” oraz ks. Emil zorganizował nam Q&A, czyli odpowiadał na zadawane mu na karteczkach i w SMSach pytania dotyczące życia księdza, powołania i interesujących nas spraw związanych z Panem Bogiem i Kościołem. Tak zleciało do Warszawy. A w Warszawie… czas pożegnań, choć nie taki smutny. Przecież mamy do siebie namiary i nie mieszkamy na końcu świata, więc nic nie stoi na przeszkodzie, żeby spotkać się już niebawem.

Bogu niech będą dzięki za tegoroczne Michalickie Zimowisko!

Relacja: Jakub Ostrowski
Zdjęcia: Stanisław Kordyasz, ks. Emil Kurek CSMA, Magdalena Chychłowska, Rafał Bogacki, Karolina Kowalska, Marta Dowalla

Pełna galeria zdjęć dostępna jest tutaj.