W cieniu Faustyny (cz. I)

Do Faustyny i krakowskiego sanktuarium w Krakowie-Łagiewnikach posiadam głęboki osobisty stosunek od wielu lat, aczkolwiek tak naprawdę zdałem sobie z tego sprawę dopiero ostatnio. Posłuchajcie zatem opowieści o poplątanych ścieżkach ludzkiego losu, które krążąc uparcie wokół celu bezustannie grzęzną w ślepych zaułkach, które zabrnąwszy donikąd zmuszone są cofać się i wytyczać nowe drogi, kreślić meandrami zagadkowych linii mapę poszukiwań i zwątpień, marzeń i rozgoryczeń.

Zrządzeniem sił wyższych lub niższych dokonałem w roku 1991 zakupu działki budowlanej w Krakowie-Sidzinie. Jako bezdomny wówczas mieszkaniec Krakowa zamyślałem raczej zakotwiczyć w zatęchłej suterenie rozpadającej się kamienicy lub na żebraczo-artystycznym strychu i tam wśród gruchania gołębi dochodzić swoich dni ostatnich. Niestety, pensja Uniwersytetu Jagiellońskiego, mojego ówczesnego pracodawcy, nie pozwoliła mimo upływu lat na realizację nawet tak skromnych oczekiwań. Trochę z litości przyjaciele-plastycy zaproponowali mi zakup zaoranej łączki obok ich świeżo zbudowanych rezydencji. W taki oto sposób stałem się właścicielem gruntu na głębokich przedmieściach Krakowa. Do ziemi tej nie czułem zrazu żadnego sentymentu i zamierzałem ją przy stosownej okazji odsprzedać. Ale oto znowu zrządzeniem sił czystych lub nieczystych stanęła na włościach blaszana melamina3. Mając kawałek dachu nad głową zacząłem teraz częściej zaglądać na łączkę. Przy dojazdach zwykłem korzystać ze stacji podmiejskiej kolejki w Krakowie-Borku Fałęckim, skąd nawet największa maruda w ciągu siedmiu minut dotrze do klasztoru sióstr Matki Bożej Miłosierdzia. Zdarzało się, iż do odjazdu pociągu pozostawało pół godzinu i więcej czasu. Trochę z nudów, trochę z ciekawości wpadałem wówczas do klasztoru i nawet nie spostrzegłem jak wizyty te zaczęły dostarczać niejakiej przyjemności.

 

 

Inne artykuły autora

W cieniu Faustyny (cz. I)

Łzy aniołów czy łzy Matki Bożej?

O „anielskich” czasopismach dla dzieci (3)