“A my do Betlejem…”
26-01-2026
18 stycznia na scenie w dolnym kościele wystąpili...
Nie tak dawno temu, w ogłoszeniach parafialnych mogliśmy usłyszeć o powstającym teatrze przy parafii. W połowie listopada zaczęły się pierwsze próby, a niewiele później uformowała się stała grupka osób gotowych do występów. Ludzi w różnym wieku i na różnym etapie życia - nauczycielka, studenci, informatyk, zawodowy aktor… 18 stycznia na scenie w dolnym kościele wystąpili jednak sami amatorzy. Bowiem p. Piotr Furman (aktor z Teatru Rampa), twórca spektaklu “A my do Betlejem…”, podjął się reżyserii całego przedstawienia. Był to projekt ambitny, bowiem występ miał charakter musicalowo-pantomimiczny. W Polsce co prawda “śpiewać każdy może”, ale i tak podziwiam pana Piotra za odwagę i wiarę w nas, zanim jeszcze zaprezentowaliśmy nasze możliwości wokalno-aktorskie. Dotychczas jego sztukę wykonywali zawodowi aktorzy… Nasz reżyser jednak wiedział co robi, ma bowiem doświadczenie w prowadzeniu warsztatów aktorskich dla ludzi w różnym wieku.
Próby wspominam bardzo miło. Pracy było dużo, ale od początku towarzyszyła nam świetna atmosfera. Nasz aktorski mentor dzielił się swoją praktyczną wiedzą, tryskał humorem, dodawał odwagi, pokazywał jak można zagrać różne zachowania, emocje. Próby, a finalnie sam występ, dla każdego z nas wiązały się z przełamywaniem swojego skrępowania przed publicznym występem. Niektórzy z nas musieli zaśpiewać solo. Natomiast każdy wykonywał krótką, solową etiudę pantomimiczną.

Wiele razy podczas prób słychać było: “nie, ja tego nie umiem”, “nie mam pojęcia jak to zrobić”, “ja nie dam rady, może ktoś inny to zagra”. To było naturalne i zrozumiałe. Nie na co dzień biegamy przecież po scenie, odgrywając w ciszy ubieranie choinki, zdenerwowanie na męża, który nie widzi żony zmagającej się z ciężkim stołem, czy trzymanie żywego jeszcze karpia, który chce wyślizgnąć się z rąk. Tak jak z poruszaniem na scenie pomagał nam p. Piotr, tak w śpiewie (akompaniując na klawiszach) wspomagał nas p. Marcin Mazurek, który również uczestniczył w wielu próbach. Wsparcie tych dwóch profesjonalistów było dla nas nieocenione.
I koniec końców każdy przezwyciężył swoje zakłopotanie i tremę. Efekty tego można było zobaczyć właśnie w minioną niedzielę w dolnym kościele. Zaskakująca liczba osób na publiczności tylko dodała nam odwagi i wiary w to, że występ ma sens. Że nie jest jakąś chęcią popisania się przed innymi, ale okazją do pokazania głębszego przesłania. W spektaklu przewijały się przeróżne wątki. Codzienna krzątanina związania z przygotowaniem Wigilii. Tęsknota matki za straconym dzieckiem. Niepokoje i tragiczne sytuacje w Ziemi Świętej. Przekorność przy wigilijnym stole. I wiele innych. Sztuka miała swoją premierę 25 lat temu, ale scenariusz do dziś nie stracił nic ze swojej aktualności. A sam fakt, że nie wszystko było nazwane i powiedziane wprost, tylko za pomocą śpiewu czy gestu, sprawiał, że można było głębiej przeżyć to wydarzenie.
Jak zostało odebrane przez publiczność? O to trzeba byłoby zapytać tych, którzy oglądali występ. Jednak długie oklaski na koniec mogły nam dać odpowiedź, że przedstawienie zostało przyjęte bardzo ciepło.
Wojciech Dubaniewicz

